strach przed zmianą

Sięgnęłam ostatnio do ,,Czułej przewodniczki” Natalii de Barbaro. W sieci znalazłam mnóstwo komentarzy o szerokim spektrum zabarwienia, od wielbiąco-dziękczynnych peonów, do znudzonych ,,nic nowego” lub wręcz buczeń zawiedzionych oczekiwań miłośniczek autoterapii. Ale jeśli spodziewacie się recenzji czy ewentualnego polecenia to niestety, muszę Was rozczarować. Będziecie musiały same przeczytać książkę lub owe komentarze. Sorry… Autorka nie płaci za moje radosne polecanki. Lektury właściwie nie skończyłam, natomiast po którymś rozdziale głośno zamknęłam książkę i myślałam, długo myślałam. Więc o czym w takim razie chcę pisać? A o emocjach lub właściwie o ich braku. A także o zmianie, ale po kolei. 

Kwestie problemów emocjonalnych, tłumienia własnych uczuć, przybierania chłodnych masek czy też ,,harówy emocjonalnej”, jak to definiuje autorka, zajmują w książce de Barbaro dużo miejsca. I właśnie to sprowokowało mnie do rozważań na temat jakości emocji, mianowicie, czy są dobre emocje i złe emocje? Czy powinniśmy pokazywać wszystkie swoje uczucia światu niczym odkrytą kartę, czy też przesiewać je przez pewien filtr, radość tak, zadowolenie tak, strach, smutek, złość już nie bardzo? Co wspólnego z emocjami ma strach przed zmianą? O co chodzi z tą szynką? I wreszcie, jak to się wszystko ma do coachingu? Już spieszę z odpowiedziami. 

Emocje są szczególnie wtedy, gdy ich nie ma

Kiedyś w pracy byłam świadkiem pewnej sytuacji. Kolega, wyprowadzony z równowagi, przelał na mnie wszystkie frustracje krzykami i niewybrednymi słowami. Ja, zaskoczona i zaszczuta, najpierw zaczęłam odpowiadać na jego zarzuty a potem, z poczucia bezradności i przykrości, się rozpłakałam. Jednak cały casus rozegrał się dopiero następnego dnia, kiedy nasz ówczesny szef postanowił wkroczyć do akcji i jak najszybciej naprawić atmosferę. Pewnie w normalnej sytuacji, po jakimś czasie sami z kolegą doszlibyśmy do porozumienia, zwłaszcza ze nasze stosunki przed tą burza nie były złe, wręcz przeciwnie. Ale determinacja  przełożonego do pomocy była naprawdę na tyle ogromna co błyskawiczna.

Jaki był przebieg spotkania ,,pojednawczego”? Tak w skrócie, ja byłam wtedy w ciąży i dwóch mężczyzn (uczestnik zamieszania i szef-mediator) zrzuciło moje emocje na karb tego stanu i hormonów. Natomiast o wybuchu kolegi przestało się mówić, jakby było to tylko korporacyjne złudzenie optyczne (i akustyczne!) albo dawna indiańska legenda. No bo przecież to kobiety wybuchają, płaczą, śmieją się jak szalone a faceci są spokojną ostoją tego świata. Jak śpiewał Muniek, chłopaki nie płaczą. Mimo mojego buzującego poczucia niesprawiedliwości i realnej chęci wyjaśnienia sytuacji, spasowałam. Nie miałam siły się kłócić, udowadniać swoich racji. Bo po co (,,koniowi Pan to tłumacz :)”)? A może wcale ich nie miałam? Najważniejsze, że duch dobrej atmosfery został ponownie tchnięty w zespół. Sukces osiągnięty! 

To było kilka lat temu. Absolutnie nie piszę tego jako wyraz złości, nie rozpamiętuję niczego, nie chowam w sobie urazy, nie przekłuwam lalek voodoo (Hej chłopaki! Mam nadzieję, że u Was wszystko ok, cokolwiek robicie!). Prawdę mówiąc, już coraz słabiej pamiętam szczegóły tej akcji ale jedna rzecz pozostaje dla mnie tak samo wyraźna i to ją pragnę zaakcentować. Mianowicie to, jak się wtedy czułam, gdy na świeżo po rozmowie całą wypełniały mnie emocje, którym nie mogłam i nie potrafiłam znaleźć ujścia. Mniej więcej coś podobnego, gdy kot wpadnie Wam do ciasnego, ciemnego składziku i, nie umiejąc się z niego wydostać, ciska sobą oraz przedmiotami o ściany i podłogi. Są wtedy dwie opcje, równie dewastujące: albo znajdzie okazję, po dłuższej chwili wysiłków natchnie się w końcu na jakąś słabo zabitą dyktą dziurę, wybije okno, wydostanie się i przestraszy przypadkowego przechodnia; lub w końcu znajdziesz go Ty – wymęczonego, zniechęconego, leżącego gdzieś pod workiem na trociny, i uwolnisz. Jedno i drugie wyjście przynosi szkody Twojemu składzikowi, jedno i drugie męczy tego biedaka. Ach te emocje, tłumione emocje.

Ale z drugiej strony, jak postępować inaczej gdy jesteśmy tak ,,trenowani” od dzieciństwa? Zawsze z wielką ciekawością obserwuję, jak moja córka bawi się na placu zabaw. Uwielbiam patrzeć na jej radość ale niemniej fascynują mnie zachowania innych dzieci i rodziców. Zwłaszcza, gdy Ci ostatni zawzięcie instruują swoje pociechy:

  • ,,Bądź grzeczna!”
  • ,,Nie krzycz tak, bo wszyscy się na nas patrzą!”
  • ,,Czemu płaczesz, nie bądź beksa!”
  • ,,Uspokój się, nic się nie stało!”.

Więc pytam, czy jest coś złego w pokazywaniu przez dzieci tego, co czują? Czy naprawdę chcemy je ograniczać, a nawet uczyć przybierać maski, dobre miny do złej gry, oszukiwać i udawać? Powiecie może ,,aaa bo to tylko dziecko, zaraz zmieni obiekt swojego zainteresowania i zapomni”. Może i tak, może i nie. A jak tam Wy i Wasza pamięć?

Autopotulność i strach przed zmianą

Chcesz coś zmienić w życiu, mniejszego lub większego. Myślisz o tym regularnie, nieśmiało snujesz plany a na Twojej buzi pojawia się ,,banan”. Ale koniec końców, nic się nie dzieje. Dlaczego? W ,,Czułej przewodniczce” autorka przywołuje archetyp kobiety potulnej. Co ciekawe, może nią być każda z nas, i ta pyskata, i ta śmiała, ,,prezeska, dyrektorka, przewodnicząca czy celebrytka”. Bo ta cała potulność polega na godzeniu się na niektóre, nawet drobne rzeczy, które nie są w zgodzie z nami. Wyświadczenie komuś przysługi na którą nie miałaś ochoty, brak reakcji na zaczepkę, choć wewnątrz aż się gotujesz, przekładanie czyichś priorytetów i planów nad swoje bo ktoś się ucieszy… Choć to może być zaskakujące, zastanawiam się, czy można być potulną w stosunku do siebie? Nie zastanawiam się zbyt długo, zanim odpowiadam sobie twierdząco na to pytanie. Zapytasz: Ale jak to?

Na codzień prowadzimy z sobą dialogi typu: zmienię coś w swoim życiu, postąpię inaczej, potrzebuję tego, a zaraz, po głębszym przemyśleniu, odpowiada nam głos (de facto też nasz): I po co Ci to? Zawsze robiłaś to tak i tak, po co to zmieniać? Nie ma sensu, zostaw to! Często w takich sytuacjach odnajdujesz kolejne powody i usprawiedliwienia swojej decyzji. A bo mi się nie uda. A bo co pomyślą inni? A bo się nie nadaję. A bo… To powoduje, że teoretycznie czujesz się spokojniejszą tkwiąc dalej w impasie bo ,,musi tak być”. Wracasz do dobrze znanej sobie sytuacji, rozkoszujesz dobrze znanym komfortem automatu rutyny i robisz coś, na co tak naprawdę nie miałaś ochoty. Czymże to jest jeśli nie autopotulnością? Tak samo jest z tłumieniem emocji, chowasz głęboko w sobie swoje potrzeby, cele i marzenia. Chowasz, przysypujesz piaskiem i udajesz, że to klomb!

Część (jak nie większość) moich Klientów, w trakcie procesu czy nawet już podczas samej implementacji zmian, ma moment zwątpienia. Przyznają, że jednak zmiany są nie dla nich, że pochłonie to za dużo kosztów, nerwów, stresu. Lepiej trwać dalej w bezpiecznej sytuacji, ,,a co sobie pomarzę to moje”. Może kiedyś ewentualnie coś spróbuję… Ewentualnie. Więc o co tyle hałasu? A właśnie o ten wielokrotnie wspomniany stres i emocje. Nasz dobrostan emocjonalny to układ naczyń powiązanych. To tak jak z budżetem państwa, podatkami i socjalami albo ze składem Twojej lodówki. Nie da się z pustej chłodziarki wyczarować składników na dewolaje. Tak samo wkładając coś, nie wyjmiemy po kilku dniach czegoś zupełnie innego, chyba ze mowa o pleśni. Jak się to ma do tematu?  Pamiętasz jeszcze ten przykład z mojej pracy? Tak, jak pisałam, przez dłuższy czas ciężko mi było dojść do siebie ze wszystkim, co miałam wtedy w głowie. A to była tylko jednorazowa sytuacja. Tymczasem, co się dzieje z Twoimi emocjami, gdy je wiecznie tłumisz? Czy da się złość, niezadowolenie i permanentny brak spełnienia zamienić na coś innego? Nawet jeśli negatywne uczucia nie znajdują ujścia na zewnątrz i gdy, po pewnym czasie wydaje Ci się, że masz wszystko za sobą, to te emocje w jakiejś postaci zostają z Tobą. I stąd tworzy się to wewnętrzne zepsucie i pleśń. Wewnętrzne bo obracasz je przeciwko sobie, winiąc siebie za wszelkie niepowodzenia i złe samopoczucie. Tak jak stare mleko, kiśnie Twój potencjał i zapał. Jak nalot na wędlinie, pojawia się wypalenie i zniechęcenie. I dalej idziesz do pracy, do której nie masz chęci iść, przebywasz z ludźmi, z którymi nie masz ochoty przebywać, nie realizujesz marzeń i celów, które chciałabyś, żeby w końcu się spełniły. Jak się wtedy czujesz? Dobra, nie odpowiadaj…

Podsumowanie czyli jak żyć Panie Premierze?

Pytasz, boję się, więc co mam zrobić? A no to, że skoro już poświęciłaś tyle czasu na samo zastanawianie się: jakby to było, gdyby…, to może warto chociaż spróbować? Nikt nie każe Ci od początku czynić ogromnych inwestycji, kupować drogich maszyn do nowej firmy, rzucać roboty, wyprowadzać się na drugi kontynent czy pakować mężowi walizki. Może na początku chociaż przemyślisz, co dokładnie chciałabyś osiągnąć? Co Ci to da? Jakim człowiekiem się staniesz, gdy Ci się to uda? Jak to będzie? Co będzie możliwe? Jak się wtedy poczujesz? Co zobaczysz/usłyszysz? Jeśli choć trochę drgnęły Ci kąciki ust a wizja przyszłości miło i szczelnie wypełniła Twoją głowę niczym kaszmirowy kocyk, zastanów się, ale tak szczerze, może warto spróbować?

Strach przed zmianą i nową sytuacją świadczy o normalnym funkcjonowaniu naszego mózgu (pisałam o tym tutaj) i jest jak najbardziej okej. Ale już w porządku nie jest oszukiwanie samej siebie, wciskanie sobie kitu, że tak naprawdę, to wcale nie myślisz o tej zmianie, że wcale ta myśl nie przeszła Ci przez głowę, nie ma jej, puff, wyparowała (autopotulność!).

Podsumowując, co robić? Żyć zgodzie z sobą, ze swoimi emocjami (wszystkimi!). Nie chować ich, nie tłumić, nie udawać, że ich nie ma, albo są zupełnie inne. Traktuj je, jak część siebie. Taka jesteś. I wiesz, co? I super! A zmiany? Jeśli masz w sobie tę gotowość, podejmij wyzwanie zmiany albo chociaż spróbuj. Jeśli zaś nie czujesz się komfortowo z myślą o zmianie, nie rób nic. Każdy ma swój czas. Może Twój jeszcze nie nastąpił? Może przyjdzie jutro, za tydzień, za miesiąc…  

A więc co teraz zrobisz?

Pamiętaj, że masz moc!

Ściskam, 

Aleksandra

Możesz także polubić

2 Comments

  1. Niestety. Panują sobie na dobre stereotypy, że to kobiety są wyłącznie emocjonalne i to najczęściej płaczliwe lub krzykliwe. Całe moje życie byłam tak postrzegana. Dlatego z całych sił starałam się emocje ukrywać. Do czego to prowadzi? Do frustracji najczęściej i wybuchu w najmniej oczekiwanym momencie.

    1. Dokładnie tak jest, Wiolu! Chowanie i zamiatanie pod dywanik a potem rośnie tam taka górka, że się o nią potykamy… Dziękuję, że się podzieliłaś swoim przykładem. A propos stereotypów mogę zdradzić, że mój kolejny artykuł będzie o przekonaniach, głównie tych ograniczających. Zapraszam już wkrótce :)!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przykro mi ale nie możesz tego skopiować:(.